Izrael,  Podróże

Przygody zdobywców południowego Izraela – Ovda – powrót na baczność!

Zapraszamy na kolejny i zarazem ostatni już wpis, z serii Przygody Zdobywców Południowego Izraela, autorstwa Kasi Pawełczyk. W tym poście, o najlepszym falafelu w Aradzie, powrocie przez pustynię Negew oraz o tym, jak naprawdę wygląda odprawa na lotnisku Ovda. Tyle z naszej strony – oddajemy głos Kasi! 🙂

Wielka Falafelowa wyżera

Kiedy zaspokoiliśmy potrzebę założenia ciepłego ubioru w tę chłodną, żeby nie powiedzieć piekielnie zimną, pustynną noc, nadszedł czas na zaspokojenie potrzeb naszych, coraz silniej domagających się jedzenia, żołądków. Zgodnie ze wskazówkami wujka Google wynajęta Honda toczy się niespiesznie ulicami pustego miasta Arad. Bliżej centrum mijamy kilku tradycyjnie ubranych, ortodoksyjnych Żydów – atmosfera panuje tu zgoła inna niż w Eilacie. Jest cicho, ciemno i niezwykle tajemniczo.

Po kilkunastu minutach, docieramy wreszcie na niewielki placyk handlowy oferujący (stylizowane na lokalne) ciuchy z metką „made in China”, świeże, egzotyczne owoce, tradycyjne falafele i oczywiście różnego rodzaju kebaby. Pozostając wierni wcześniejszym wyborom, po krótkim rozeznaniu terenu, wracamy do maleńkiego lokalu z falafelami. Tutejszy rarytas zamawiamy po kolei i ku naszemu zdziwieniu, zamiast płatności przy barze, uprzejmy mężczyzna każe nam usiąść i się zrelaksować. Falafele okazały się nie tylko obłędnie dobre, ale również niewiarygodnie tanie – za porcję satysfakcjonującą żołądek, każdy z nas zapłacił zaledwie ok. 10 zł! Najedzeni i szczęśliwi, poszliśmy jeszcze na stragan z owocami, gdzie sprzedawał kolejny sympatyczny człowiek. Słysząc nasz ojczysty język, próbował sił z rosyjskim, my z kolei włączyliśmy do konwersacji angielski i niezawodne w takich sytuacjach ręce, i tym oto sposobem zniknęły wszelkie bariery komunikacyjne. 😉

Wieczór na rozgrzewkę

Usatysfakcjonowani posiłkiem, uzbrojeni w świeże owoce oraz obowiązkowy hummus z oliwkami, rozsiadamy się wygodnie w naszym niezwykle klimatycznym mieszkanku w Aradzie. Na stół docierają rozgrzewające trunki – po takim wieczorze, są jak środki ratunkowe na zmarznięte ciała. I trzeba przyznać, że nie tylko o ciała, ale i o dusze troszczą się niezwykle szybko. O dziwo, nawet końcówka jagodówki, po pewnym czasie, wchodzi dość gładko i rozlewa się przyjemnym ciepłem tak, że grube bluzy zostają rzucone w kąt. Chciałabym napisać, że humory dopisują nam jak nigdy ale… w tej podróży dopisują od samego początku.

izraelskie oliwki - bardzo smaczne! :)
Bardzo smaczne izraelskie oliwki 🙂 Fot. Kamil Preidl
Mateusz i jego odkrycie sezonu na nakrycie głowy 😀 Bagietka z hummusem była naszą ulubioną zagryzką, nie tylko do alkoholowych trunków.  😉
W takim towarzystwie, dobry humor nas w ogóle nie opuszczał. 🙂 Fot. Kamil Preidl, Mateusz Szymański, Kasia Pawełczyk
Zmiana nakrycia i odpoczynek, po ciężkim dniu 😉

We mgle

Z samego rana musimy ruszać w drogę powrotną z Aradu do Eilatu. Dla odmiany, przygotowujemy na śniadanie bagietki z hummusem i dopakowujemy ostatnie drobiazgi. Poranek jest chłodny i niewyraźny. Nad miastem roztacza się, ledwie zauważalna, ale smagająca po gołych kostkach, mgiełka. Gdzieś nad horyzontem, słońce próbuje przejąć kontrolę nad pustynną przestrzenią i pewnie za godzinę, dwie zrobi się znowu upalnie. Tymczasem do samochodu zabieramy bluzy i przesuwamy lekko pokrętło nawiewu na grzanie.

Arad z rana wypełnia się życiem swoich mieszkańców i po pustych ulicach z wczorajszego wieczoru zostają tylko wspomnienia. Matki, w nakryciach głowy, odprowadzają swoje równie charakterystycznie ubrane pociechy do szkoły, rabini spieszą do synagogi, a samochody zapewne wiozą swych kierowców do pracy i tylko my jedziemy niegnani przez codzienne obowiązki z powrotem do Eilatu.

Arad we mgle, Izrael
Arad we mgle

Pustynne, ortodoksyjne miasto zostaje za plecami. Przed nami piętrzą się wzgórza pustyni, a mgła staje się coraz gęstsza. Zza biało-kremowych smug wyłaniają się kolejne wzniesienia, formacje skalne i przepaście. Jest magicznie! Mimo dość napiętego czasu postanawiamy się zatrzymać i złapać w obiektywach choć trochę tej magii.  Pustynia o poranku jest obłędna.

Mgła na pustyni, Izrael
Mgła na pustyni Negew
Pustynia Negew, Izrael
Pustynia Negew, Izrael

Pustynia Negew, Izrael

Uwaga wielbłąd!

Po porannej dawce wrażeń, zafundowanej przez spektakl mgły, słońca i gór, zasypiamy w samochodzie, jak dzieci. Tylko Kamil musi walczyć z zamykającymi się powiekami – taki los dzielnych kierowców.  Kiedy sztywność karków osiąga punkt krytyczny i żadna zmiana pozycji nie ułatwia ponownego zaśnięcia, tylna kanapa wraca do życia. Jak się okazało – w idealnym momencie! Przecieram ledwie otwarte oczy, patrząc niewyraźnym wzrokiem, w wolno zmieniający się krajobraz za szybą. Nagle coś, co wydawałoby się jest stałym elementem tego krajobrazu, zaczyna się poruszać, ba zaczyna przybierać coraz większe i wyraźniejsze kształty!

Kasia i Mateusz. 🙂

– Tam jest wielbłąd! – Krzyczę, tonem godnym rozradowanego dziecka w sklepie z zabawkami. Kamil w mgnieniu oka zatrzymuje samochód na poboczu i wyskakujemy na wielbłądowe „safari”, uzbrojeni w aparaty. W pewnym momencie niemal zaczynamy biec – po raz kolejny trafia nam się National Geographic na żywo. Co więcej, nie jest to jeden, a całe stadko wielbłądów – jak nam się wydawało w pierwszej chwili zupełnie na wolności. Dopiero na stanowisku fotograficznym okazuje się, że biedne zwierzaki mają powiązane kopyta, a za niewielkim wzniesieniem jest barak, z którego wychodzą ich „opiekunowie”, patrzący na nas podejrzliwym wzrokiem.

Wielbłąd na pustyni w Izraelu
Wielbłąd na pustyni Negew w Izraelu
Oczko i Mateusz “łapią” wielbłądy swymi obiektywami. 😉 Fot. Kamil Preidl

Pustynia Negew. Fot. Kamil Preidl
Pustynia Negew. Fot. Kamil Preidl

Tour de bazy wojskowe

Dzięki małej przebieżce związanej z wielbłądami, udaje nam się ponownie zasnąć i cudownym teleportem budzimy się chwile przed dotarciem do Eilatu.

Pustynia Negew w Izraelu
Powrót przez pustynię

Po oddaniu samochodu do wypożyczalni w Eilacie, zaczynamy rozważać sposoby dotarcia na lotnisko. Na dworcu okazuje się, że mamy dwie opcje – jechać trzy godziny przed odlotem autobusem dedykowanym dla turystów na samo lotnisko, albo pojechać ok. pięć godzin przed wylotem lokalnym autobusem międzymiastowym, z przystanku którego trzeba jeszcze kawałek dojść na lotnisko. Mając w głowach opowieści o długości, trudach i pułapkach odprawy przy wyjeździe z Izraela, postanawiamy nie ryzykować i pojawić się wcześniej na lotnisku. Wśród oczekujących na peronie, jako jedyni nie mamy przy biodrze nonszalancko zawieszonej długiej broni i wojskowych mundurów. Sytuacja pozostaje niezmienna również w samym autobusie – jesteśmy jedynymi nie-żołnierzami wśród pasażerów. Jak się miało za chwilę okazać, autobus zawijał do wszystkich baz wojskowych zlokalizowanych gdzieś za górami lub na surowych wzgórzach po drodze na lotnisko. W ciągu godziny odwiedziliśmy aż siedem takich baz! Większość z nich solidnie poukrywanych w pustynnym krajobrazie.

Jedna z baz wojskowych w drodze z Eilatu na lotnisko Ovda
Jedna z baz wojskowych w drodze z Eilatu na lotnisko Ovda

Szeregowi podróżnicy – to są tylko ćwiczenia!

Nasz specyficzny środek transportu powoli się wyludniał, droga odbijała nieco dalej od zasieków na granicy z Egiptem, a przestrzeń stawała się zdecydowanie bardziej płaska. Pośrodku niczego, wyłonił się przystanek – tym razem zwyczajnie, po prostu przy drodze. Kierowca uśmiecha się do nas i łamanym angielski oznajmia, że to cel naszej podróży. Wysiadamy. Gdzieś na horyzoncie majaczy znajomy barak lotniska Eilat Ovda. Mamy spory zapas czasu, więc niespiesznym krokiem ruszamy na ostatni już spacer po izraelskiej przestrzeni lądowej.

Gdzieś w okolicach lotniska Ovda
Gdzieś w okolicach lotniska Ovda
Kasia i Kamil nagrywają ostatnie relacje przed wylotem 😉

Po kilku minutach, wojsko funduje nam kolejne atrakcje – rozmowy zostają przerwane przez narastający dźwięk silników odrzutowców. Mimo sporej odległości dzielącej nas od płyty lotniska wojskowego, mamy wrażenie, jakby drapieżne maszyny podrywały się w powietrze tuż nad naszymi głowami. Huk jest niewyobrażalny. Startują dwójkami, najpierw z jednej strony, potem z drugiej. W powietrzu formują się w pary, jedna po drugiej. Lecą za horyzont, gwałtownie zawracają, szarżują na siebie. O ile, do tej pory, wszechobecna militarna atmosfera mi w ogóle nie przeszkadzała, a wręcz wtapiała się w otoczenie, o tyle zbliżając się do lotniska, nieprzyjemne uczucie w żołądku rośnie. Mam wrażenie, jakby właśnie zaczynała się wojna. W to ciepłe, niewinne i beztroskie popołudnie – kontrast tego wydarzenia osiąga dla mnie niebotyczne rozmiary.

Teren lotniska Ovda
Teren lotniska Ovda
Odrzutowce na terenie lotniska Ovda
Odrzutowce na terenie lotniska Ovda

Lotnisko Ovda – odprawa wieloetapowa

Po pół godzinie marszu, okazuje się, że nasze lotnisko jest zamknięte na cztery spusty i musimy czekać w pełnym słońcu na chodniku przed nim… Pomiędzy kolejnymi startami odrzutowców, rozważamy, czy nie lepiej było jednak jechać późniejszym autobusem i spędzić trochę więcej czasu w mieście. Wreszcie, po godzinie oczekiwania, bramy do przedsionka naszego powrotu do Polski otwierają się. Stajemy w niewielkiej kolejce do pierwszego, z jak się okazało, kilku etapów odprawy i kontroli bezpieczeństwa.

Rozważania przed bramą lotniska Ovda
Rozważania przed bramą lotniska Ovda. Fot. Kasia Pawełczyk

Trafiamy na młodego, uśmiechniętego mężczyznę, który metodycznie zaczyna nas odpytywać z dość intymnych szczegółów naszego życia. Kto z kim jest, gdzie i kiedy się poznaliśmy, czy mieszkamy razem – to tylko niektóre z długiej listy pytań, na jakie trzeba było szybko odpowiedzieć. Mężczyzna prosi o paszporty, po czym szczegółowo analizuje zawartość strona po stronie. Zastanawialiśmy się wcześniej, czy pieczątka z Iranu w paszporcie Łukasza nie przysporzy mu kłopotów na granicy, ale jak się potem okazało, razem z Asią przeszli najszybszy tryb odprawy. W moim przypadku, wzrok celnika zatrzymuje się na pieczątce z Peru. Patrzy  na mnie, na pieczątkę i jeszcze raz na mnie, i w końcu kieruje nas na pierwsze prześwietlanie bagaży wykonując, jakiś tajemniczy gest do celnika przy tym stanowisku.

To nie jest czas na zadawanie pytań

Z prześwietlenia, zostajemy z Kamilem skierowani na stanowisko szczegółowej kontroli bagażu i testu na obecność materiałów wybuchowych. Kątem oka widzę, jak kobieta przy tym stanowisku rozpakowuje cały bagaż Mateusza, łącznie z próbą rozkręcenia aparatu na części pierwsze i zastanawiam się, jakie atrakcje nas jeszcze czekają. Kolejny celnik dokładnie czyści mi buty z pustynnego pyłu i wkłada próbnik do maszyny, która ma orzec, czy nie majstrowałam ostatnio przy jakiejś bombie. Następnie woła innego celnika i pokazuje mu mój paszport, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Przywołana zostaje jeszcze jedna osoba. I również penetruje wzrokiem paszport. Dochodzi jeszcze jeden mężczyzna i kiedy całe konsylium debatuje nad moim dokumentem, zaczyna mi się robić gorąco. Z tyłu głowy pojawia się wizja kontrolni jeszcze bardziej osobistej, podczas której będę się musiała tłumaczyć z moich wojaży.

Mężczyzna, który przybył jako ostatni, rzuca krótkie „follow me” – czyli jednak idę się tłumaczyć. Z kamiennej twarzy mojego przewodnika nie wynika absolutnie nic, więc nieśmiało pytam, czy coś się stało. Lodowatym tonem rzuca: „to nie jest czas na zadawanie pytań” i przeszywa mnie świdrującym wzrokiem.  To jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna się bać swojej niewinności. Na widok prowadzącego mnie strażnika, odskakuje nawet pracownik Ryanair’a, sprawdzający wymiary bagażu, więc ten etap przechodzę gładko. Dochodzimy do klasycznej taśmy kontroli bezpieczeństwa bagażu i zostaję przekazana w ręce strażnika, siedzącego na tym stanowisku. Lekko zdezorientowana pytam, co mam wyciągnąć z bagażu, na co strażnik z szerokim uśmiechem odpowiada, że nie ma potrzeby wyciągania czegokolwiek i mogę spokojnie przejść na drugą stronę. Takie oto gierki psychologiczne stosuje się na izraelskich lotniskach.

Ostatnia prosta do domu

Ostatni etap kontroli na lotnisku Ovda polega na sprawdzeniu, czy osoba w paszporcie i osoba legitymująca się nim, to te same osoby. Ku uciesze starszej pani w okienku, brzmienie mojego imienia jest małą zagadką na arenie międzynarodowej, więc zanim dostałam pozwolenie na przedstawienie się, zostałam mianowaną Krysztyną, Katarszyną, Katarziną i Katszyną. Po trzykrotnym, prawidłowym wymówieniu Katarzyna, zostaję wpuszczona do błogosławionej hali odlotów – udało się! W oczekiwaniu na samolot, wydajemy ostatnie drobne szekle na specyfiki z Morza Martwego. Wyposażeni w błoto, kremy, cudowne humory i bajeczną, jak na listopad, opaleniznę wchodzimy na pokład samolotu. Do zobaczenia Izraelu, wrócimy do Ciebie na pewno!

Mateusz i jego selfie z lotniskiem Ovda
Ostatnie spojrzenie na lotnisko Ovda w Izraelu
Ostatnie spojrzenie na lotnisko Ovda w Izraelu
Zdobywcy Południowego Izraela: (od prawej) Kamil, Kasia, Mateusz, Asia i Łukasz 🙂

Na koniec wrzucamy timelapse z naszej podróży przez pustynię, wykonany przez Mateusza Szymańskiego:


Kasia Pawełczyk jest autorką bloga Sea Dreamers Blog, na którym opisuje swoje przygody żeglarskie oraz inne wspaniałe podróże. Odwiedźcie Sea Dreamers również na facebookuDziękujemy Kasi za tę świetną serię wpisów o Izraelu! 🙂 💓


Informacje praktyczne:

  • Podróż samochodem: nasza trasa tego dnia obejmowała powrót z Aradu do Eilatu. Przejechaliśmy ok. 220 km, w jakieś 3 godziny.
  • Nocleg w Aradzie: spaliśmy w The Green House, nie był to może wymarzony nocleg, ale właścicielka jest miła i bardzo pomocna. Polecamy. 🙂
  • Falafel w Aradzie: znajduje się najprawdopodobniej tutaj.
  • Autobusy z Eilatu do lotniska Ovda: przewoźnik to Egged Bus, więcej informacji znajdziecie tutaj.
  • Kilka uwag do kontroli na lotnisku Ovda: lotnisko Ovda to teren wojskowy i nie znajduje się tam nic w okolicy poza nim. Na teren lotniska wpuszczają jedynie na określony czas przed odlotem samolotu. Nie warto przybywać wcześniejszymi autobusami – jest jedna linia, która ustawiona jest idealnie pod odloty samolotów (nie pamiętamy która, ale spokojnie można o to dopytać na dworcu). Na pytania pracowników lotniska odpowiadajcie spójnie, krótko, zwięźle i na temat. Jeśli chodzi o lustrzankę, to warto odpiąć obiektyw od korpusu (szczególnie, jeśli obiektyw jest duży). Wiza irańska, którą Łukasz ma wbitą w paszporcie, nie zrobiła wrażenia ani po przylocie, ani w drodze powrotnej. Nie miał z tym związanych żadnych dodatkowych pytań, ani dodatkowej kontroli.
  • Nasz pobyt w Izraelu:  trwał niecałe 4 dni – od piątku wieczorem do poniedziałku popołudniu. To zdecydowanie za mało na podróż po Izraelu. Byliśmy w większości cały czas w biegu, więc polecamy zdecydowanie dłuższy pobyt, żeby na spokojnie sobie wszystko ogarnąć. 🙂

Z tej serii ukazały się również wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *