Beskidy,  Górskie wędrówki

Diablak zwany też Babią Górą – 2.08.2015

Babia, Babia, Babia…. Od dłuższego już czasu chciałam zdobyć ten najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich. Niestety, nie było albo sposobności, albo czasu. Łukasz nie może się doliczyć ile razy już go zdobył, a ja oczywiście nie byłam ani razu…

Zmieniło się to dopiero w ostatnią niedzielę, gdy doszło w końcu do realizacji planów powstałych ponad dwa miesiące temu w Norwegii. Obiecaliśmy sobie wtedy z Martą i Ewą, że gdy tylko przyjadą do Polski, to wybierzemy się wspólnie na zdobywanie królowej Beskidów Zachodnich. Niestety, Marta nie mogła nam towarzyszyć tego dnia, więc wybraliśmy się tylko w trójkę.

Wsiedliśmy z Łukaszem na dworcu autobusowym w Krakowie w busa, który zawiózł nas do przystanku Zawoja – Widły. Ewa, jako, że pochodzi z okolic Żywca, wyruszyła autem od siebie z miejscowości i zgarnęła nas po drodze. Dojechaliśmy razem do przystanku Zawoja – Markowa, gdzie dzięki pomocy pewnego chłopaka, udało nam się trochę na dziko zaparkować. 😀 Kupiliśmy bilety wstępu do Babiogórskiego Parku Narodowego i ruszyliśmy w trasę. 

Diablaka, zwanego popularnie Babią Górą (1725 m n.p.m.), można zdobyć aż od pięciu stron. Dwa szlaki prowadzą ze Słowacji, jeden od wschodu z Przełęczy Krowiarki (najłatwiejszy i najszybszy), kolejny graniczny szlak z północnego – zachodu od Przełęczy Brona i Małej Babiej Góry, a ostatni, który wybraliśmy, prowadzi przez Perć Akademików.

Wędrówkę rozpoczęliśmy więc od zielonego szlaku, który prowadzi głównie przez las. W sumie większość naszej trasy znajdowała się w lesie. Odnalazłam tutaj to, co lubię najbardziej – wąskie ubite dróżki, otoczone zewsząd drzewami i kwiatami, schody zbudowane z kamieni z drewnianymi balustradami i odgłos szumiących strumieni. 😉

IMG_6989Przyznam, że moja kondycja ostatnio trochę podupadła. Tak więc początek był dla mnie trudny, pomimo tego, że ten pierwszy, półtoragodzinny odcinek prowadzi łagodnie pod górę. Ponadto byłam naprawdę niewyspana, a brak kofeiny (od której się chyba już uzależniłam) dawał się we znaki. Dlatego na początku odliczałam minuty do dojścia do schroniska.

Gdy już do niego dotarliśmy, pierwszą rzecz, którą zrobiłyśmy z Ewą, było pójście po kawę. Jak się okazało w menu schroniska, była kawa latte z ekspresu! Zamówiłam ją bez wahania. Była nie tylko pyszna, ale dała mi też solidnego energetycznego kopa na cała dalszą wędrówkę. 🙂

Ruszyliśmy w dalszą drogę, wspomnianą już Percią Akademików. Ten jednokierunkowy, oznaczony żółtym kolorem, półtoragodzinny szlak, jest naprawdę stromy, znajdują się na nim zarówno łańcuchy, jak i drabinki, i z tego względu zamknięty jest zimą.

Przygoda z łańcuchami i drabinkami, zaczęła się po około 30-40 minutach od wyjścia z lasu. Była to dla mnie niezła frajda, chociaż o ile łańcuchy bardzo polubiłam, o tyle do drabinek nie jestem przekonana. Wystarczy źle ułożyć stopę i nieszczęście gwarantowane. Już wolę wspinanie się po kamieniach. 🙂

IMG_7020IMG_7025IMG_7031IMG_7039IMG_7042IMG_7048IMG_7053IMG_7054

IMG_7056

Wspinaliśmy się cały czas do góry, drabinki i łańcuchy zamieniły się ponownie w kamienne schody i mieliśmy już przed sobą tylko szczyt. Babia Góra znana jest z tego, że ciągle na niej wieje i jest kapryśna pod względem pogodowym. Nasłuchałam się tylu opowieści o tym wietrznym szczycie, że byłam w pełni przygotowana na walkę z nim. Gdy udało nam się dotrzeć na szczyt, po wietrze nie było ani widu ani słychu. No dobra, może czasami lekko podwiewało, ale były to akurat przyjemne podmuchy. Łukasz powiedział, że trafiliśmy na jeden z tych kilku dni, gdy na Babiej nie wieje. Nie dość, że w końcu udało mi się  zrealizować jeden z moich górskich celów, to jeszcze przywitał nas tak wspaniale! Szczęściarze z nas. 😉

IMG_7074

IMG_7065

IMG_7071IMG_7072

IMG_7077
Figura Matki Boskiej pod Babią Górą
IMG_7079
Babia Góra.
IMG_7088
Pamiątkowa fotka na szczycie 🙂

Usiedliśmy na chwilę, by napawać się pięknem natury, pocykaliśmy fotki (chociaż widoczność nie była dobra), po czym przyszedł czas na zejście. Wybraliśmy czerwony szlak, prowadzący przepięknym górskim grzbietem do Przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) Od niego dzieliło nas tylko pół godziny do Małej Babiej Góry (1517 m n.p.m.), lecz niestety jak zwykle gonił nas czas, więc zrezygnowaliśmy ze zdobycia mniejszej siostry Diablaka. Zeszliśmy zatem ponownie do schroniska, gdzie zjedliśmy zasłużony obiad. 🙂

IMG_7089IMG_7096

IMG_7097IMG_7099IMG_7105IMG_7108IMG_7111

IMG_7113a
Przełęcz Brona. Po lewej Mała Babia Góra.

Na drogę powrotną wybraliśmy czarny szlak, z którego odbiliśmy na niebieski, by nim dotrzeć do punktu wyjścia. Prowadziły one głównie przez las, co bardzo nas ucieszyło, ponieważ akurat wtedy zaczął padać deszcz, a gęsty las pozwolił nam na schowanie się przed nim i nie ubieranie przeciwdeszczowych płaszczy. Mieliśmy ponownie szczęście… Przypadek? 😉

IMG_7122a

Dotarliśmy do samochodu. Ewa podwiozła nas na przystanek w centrum Zawoi, z którego po chwili odjeżdżał nasz bus. Pożegnaliśmy się, obiecując sobie, że niedługo ponownie wyruszymy na zdobywanie kolejnych szczytów. 🙂

Ciągle szuka swojego miejsca na świecie, a opisywanie przebytych wędrówek i podróży jest "lekarstwem" na jej introwertyzm. Uwielbia utrwalać piękne miejsca i niepowtarzalne momenty na fotografiach. Jest uzależniona od muzyki, trochę kucharzy i rozmyśla, które miejsce będzie kolejną destynacją.

Zobacz moje codzienne zdjęcia na tookapic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *