Górskie wędrówki,  Tatry

Dwie tatrzańskie pieczenie na jednym ogniu – Zawrat i Świnica -29.08.2015

Wychodzimy ze schroniska, na zewnątrz jest ciemno. Drogę oświetlają nam czołówki i księżyc będący, tej nocy, w pełni. Zmęczone nogi ciężko stawiają kroki po kamieniach, ale jakoś idą… Gdy schodzimy całkiem do doliny słyszymy poruszenie w zaroślach. Patrzymy w prawo, a tam dwie pary oczu świecą, nie wiedząc czy iść, czy zostać. Łukasz po chwili uspokaja – to tylko sarny… Ufff, moje serce już prawie stanęło, myśląc, że czyhają na nas niedźwiedzie. Idziemy dalej. Około godziny 22.00 docieramy do auta, a do Krakowa dojeżdżamy po północy…

Tak można by było podsumować zakończenie pełnego niesamowitych przygód i najintensywniejszego, jak do tej pory, dnia w Tatrach. Trasę wymyślił Łukasz (jakżeby inaczej). Powiedział: ma być trudno, ale bez przesady, będą łańcuchy, drabinki (więcej niż pod Babią) i dużo pod górę. W sumie jakieś 10 h. Myślę sobie, fajnie, coś dla mnie, kolejne wyzwanie do pokonania!

Do wyprawy przyłączyła się Monika (pełniąca obecnie funkcję prezes PTTKu przy UEKu), z którą już nieraz mieliśmy okazję wędrować. 🙂  Zaproponowaliśmy, by wzięła auto – zawsze to jeden problem z głowy mniej – nie trzeba się martwić o drogę powrotną. Monika się zgodziła i była to bardzo dobra decyzja. Gdybyśmy po godzinie 22.00 mieli jeszcze szukać transportu, to nie wiem, na którą byśmy dotarli. Wracając z Zakopanego zabraliśmy ze sobą dwóch innych podróżników, którzy nie mieli jak dostać się do Krakowa – Mateusza (kolegę Łukasza) i jego znajomego. Od Myślenic podróżowaliśmy więc w piątkę, a dające się wszystkim odczuć zmęczenie nie miało w tym czasie żadnego znaczenia. 🙂

Ale się rozpisałam o zakończeniu… Czas w końcu na opisanie naszej trasy. 🙂 Wstaliśmy o godzinie 5.00 rano, by pół godziny później wyjechać z Krakowa. Już na samym początku mieliśmy czasowy poślizg. Monika dotarła do nas o 6.00. Około godziny 8.00 byliśmy w Zakopanem. Na parkingu przebraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i w drogę. Złapaliśmy busa do Kuźnic. Opóźniła nas jeszcze kolejka po bilety wstępu do parku (tak to jest jak się idzie w góry w ostatni weekend wakacji) – kolejne 10 – 15 minut z głowy. Na trasie mieliśmy być po 8, byliśmy 9:10. Mogliśmy wreszcie ruszyć pełną parą.

Początek wędrówki może być już Wam znany, bo wyglądał dokładnie tak samo, jak rok temu, gdy wychodziliśmy na Przełęcz Krzyżne. Zaczęliśmy od żółtego szlaku prowadzącego przez Dolinę Jaworzynki do Przełęczy Między Kopami (1499 m n.p.m). Stamtąd przeszliśmy niebieskim szlakiem do Schroniska Murowaniec. Przerwa minęła nam w miłym towarzystwie – dosiedliśmy się do znajomych Moni, których spotkaliśmy wcześniej na przełęczy, a jak się okazało – na co dzień mieszkają w Niemczech (zawsze powtarzam, że ten świat jest mały. ;)) I znów straciliśmy trochę rachubę czasu, zwiększając nasz czasowy poślizg…

IMG_7431
Widok na Dolinę Jaworzynki.
IMG_7433
Widok na Giewont.

IMG_7436

IMG_7444

IMG_7448
Przełęcz Między Kopami.
IMG_7449
W stronę Schroniska Murowaniec.

IMG_7452Ponownie wkroczyliśmy na szlak niebieski, prowadzący przez Czarną Dolinę Gąsienicową. Po niedługim czasie dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc w Tatrach – Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tutaj spotkaliśmy kolegę, Tomka, z którym już kilka razy mieliśmy okazję wędrować. On już wracał, a my dopiero wychodziliśmy. 😀 Pozachwycaliśmy się jeszcze dłuższą chwilę tym cudnym stawem i porobiliśmy dużo fotek.

Przy stawie odbiliśmy w lewo, dalej idąc niebieskim szlakiem. Na szczęście w te dalsze rejony gór nie zapuszcza się aż tylu turystów, także można było już spokojniej iść. Za plecami mieliśmy staw i tylko, co jakiś czas odwracaliśmy się, by móc go podziwiać z coraz to wyższych partii górskich. Wyglądał naprawdę zjawiskowo.

IMG_7480
Czarny Staw Gąsienicowy. Widok na Kościelec.
IMG_7489
Zamyślona Asiula.
IMG_7500
W takim miejscu można odpoczywać. 🙂
IMG_7548
Czarny Staw Gąsienicowy w całej okazałości.

IMG_7552W czasie, gdy Łukasz uzupełniał w strumyku nasze malejące zapasy wody, nad naszymi głowami zaczął latać helikopter. Okazało się, że jesteśmy świadkami akcji ratowniczej TOPR-u rozgrywającej się niedaleko nas, powyżej w górach. Helikopter kilkukrotnie robił podejście, latając w tę i we w tę, aż w końcu udało mu się wciągnąć poszkodowanego na linie. Akcja zakończona sukcesem – miejmy nadzieję, że i poszkodowany doszedł do siebie. 🙂

IMG_7536
Akcja ratownicza TOPRu.

Po niedługim czasie dotarliśmy do miejsca, z którego było już widać w całej okazałości nasz pierwszy cel tego dnia – Zawrat. Zobaczyłam przed sobą ścianę i gdzieś wysoko przełęcz, na którą mieliśmy się wspiąć. Samo zaatakowanie celu wymagało od nas dużej energii, tak więc postanowiliśmy chwilę odpocząć i coś zjeść.

IMG_7558

IMG_7561

IMG_7562
Zawrat przed nami.

W końcu ruszyliśmy. Łagodne z początku podejście, wraz z nabieraniem wysokości, zamieniało się w coraz bardziej strome. Doszliśmy do momentu, w którym możliwe było jedynie albo wspinanie się po skałach albo trzymając się łańcuchów. Łańcuchyktóre do tej pory miałam okazję kilka razy zobaczyć i się na nich wesprzeć, nie przypominały tego, co działo się przy podchodzeniu na Zawrat. Było naprawdę stromo i momentami trzeba było się zastanowić, gdzie postawić nogę, by nie upaść. Poczułam przypływ adrenaliny i początek szedł mi naprawdę dobrze. Momentami potrzebowałam jednak wsparcia Moni albo Łukasza, którzy mi go chętnie udzielali. 🙂 Wspinaliśmy się i wspinaliśmy, by w końcu stanąć na Zawracie (2159 m n.p.m)! A tam czekały na nas widoki nie z tej ziemi. Przed nami rozpościerała się część Doliny Pięciu Stawów, a za nią wspaniałe górskie grzbiety.

IMG_7578
Łańcuchy pod Zawratem.

IMG_7571

IMG_7582

IMG_7590

IMG_7584

IMG_7593

IMG_7603
Monia, Oczko i Asiula na Zawracie 🙂
IMG_7611
Początek Orlej Perci.
IMG_7616
Widok na Dolinę Pięciu Stawów.

Nie był to jednak koniec przygód na ten dzień. Po krótkim odpoczynku (jeśli stanie i pozowanie do fotek wliczymy w odpoczynek :D) skierowaliśmy się w prawo i zmierzaliśmy czerwonym szlakiem w stronę naszej drugiej,  przyszłej zdobyczy – Świnicy. Myślałam, że to co najtrudniejsze mamy już za sobą – mieliśmy jedynie jakieś 340 metrów do pokonania. Grubo się jednak pomyliłam. Większość podejścia wyglądała w ten sposób, że podciągając się na łańcuchach, trzeba było maszerować nogami po skałach ku górze. Było również dużo drabinek i momentów, w których trzeba było szukać dobrego miejsca, by utrzymać nogę. W jednym z takich momentów spanikowałam, a nogi zaczęły mi się trząść jak galareta… Na szczęście, Łukasz przyszedł mi na ratunek. 🙂

Ostatecznie cali i zdrowi, wdrapaliśmy się na Świnicę (2301 m n.p.m)! Czułam się najszczęśliwszą osobą na krańcu świata. I miałam ku temu dobre powody. Po pierwsze mogłam podziwiać widoki, jakich jeszcze do tej pory, nie miałam okazji zobaczyć w swym życiu. Po drugie dwukrotnie pobiłam swój rekord wysokości jednego dnia. Po trzecie to, co przeżyłam wchodząc na Zawrat i Świnicę, całkiem rozminęło się z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami o tej wędrówce. Takiej mieszanki adrenaliny, lęku i radości jeszcze nie czułam!

IMG_7624
Nieziemskie widoki ze Świnicy.

IMG_7655

IMG_7659
Zwycięska trójeczka na Świnicy. 🙂

IMG_7657

IMG_7661Po dłuższym odpoczynku przyszedł czas na zejście. Już wchodząc na Świnicę, przerażała mnie myśl jak zejdziemy. Będąc na szczycie chciałam zostać na nim jak najdłużej, nie tylko by podziwiać piękno nieziemskiego krajobrazu i napawać się tym cudnym widokiem, ale też żeby nie schodzić. Niestety, było to nieuniknione.

Schodziliśmy również czerwonym szlakiem, kierując się w stronę Świnickiej Przełęczy. Zejście tą trasą, uważane jest za o wiele łagodniejsze, niż to którym wchodziliśmy. I mogę się z tym śmiało zgodzić. Było trochę łańcuchów i drabinek, ale schodziło się przyjemnie.

IMG_7668
Schodzenie ze Świnicy.
IMG_7667
😉

IMG_7670Przechodząc przez “Wrótkę“, po prawej mieliśmy trawers Żlebu Blatona. Tam ukazał nam się widok, którym nie mogliśmy przestać się zachwycać – nad przepięknie wyłaniającymi się grzbietami górskimi, “przepływały” chmury, a wszystko oświetlało zachodzące słońce. Wyglądało to zjawiskowo. 🙂

IMG_7679Zeszliśmy do Świnickiej Przełęczy (2050 m n.p.m), a przed sobą mieliśmy Pośrednią Turnię, od której z jednej strony “odpływały” chmury. Krajobraz tego dnia pokazywał nam się z najlepszych stron. 😉

IMG_7684
Widok na Pośrednią Turnię.

IMG_7691

IMG_7697 bw
Na Świnickiej Przełęczy. Widok na Pośrednią Turnię.

Łukasz powiedział, że mamy szansę zobaczyć widmo Brockenu. Jest to dość niezwykłe i rzadko spotykane zjawisko. Wygląda to tak, że mając przed sobą chmury, a za sobą słońce, widzi się tylko i wyłącznie swój cień, a wokół niego tęczową “aureolę”. Podobno, jak zobaczy się je raz w górach, to w górach się umrze i aby odwrócić przeznaczenie, należy zobaczyć to zjawisko kolejne dwa razy.

IMG_7693
Widmo Brockenu.
IMG_7696
Ostatni rzut na Świnicę.

Zeszliśmy z przełęczy odbijając na czarny szlak, który początkowo był dosyć stromy, by później przejść w łagodny (co stanowiło ogromną ulgę dla naszych nóg). Po drodze udało nam się zobaczyć kozicę, która przestraszona gwizdaniem innych turystów, podążających naszym krokiem, zaczęła uciekać. Gdy w końcu zatrzymała się i za-pozowała do zdjęcia, mój aparat padł z wyczerpania. Ze zdjęć nici. 🙁

Po zejściu trochę niżej mogliśmy podziwiać Kościelec, który oświetlony był zachodzącym słońcem oraz aż cztery tatrzańskie stawy – Długi, Dwoisty, Litworowy i Zielony.

Gdy dotarliśmy do Schroniska Murowaniec na krótką przerwę, zaczęło się już ściemniać i robić chłodno. Ubraliśmy się i ruszyliśmy dalej, tą samą drogą, którą do niego doszliśmy.

A resztę tej historii już znacie… 🙂

Ciągle szuka swojego miejsca na świecie, a opisywanie przebytych wędrówek i podróży jest "lekarstwem" na jej introwertyzm. Uwielbia utrwalać piękne miejsca i niepowtarzalne momenty na fotografiach. Jest uzależniona od muzyki, trochę kucharzy i rozmyśla, które miejsce będzie kolejną destynacją.

Zobacz moje codzienne zdjęcia na tookapic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *