Beskidy,  Górskie wędrówki

Jak przetrwać w górach przez tydzień, czyli MAJÓWKA 2015 :)

Od autora: Wpis powstawał w b(ó)ulu (żeby być poprawnym politycznie) i trudzie, proszę więc o wybaczenie i wyrozumiałość.

Dla nas, przewodników, rajd zaczyna się zawsze kilka miesięcy wcześniej, kiedy planujemy trasę, noclegi i atrakcje na trasie. Punktem kulminacyjnym jest moment, w którym spotykamy się pierwszy raz z uczestnikami i razem wychodzimy na szlak. A zakończenie Rajdu Majowego to już tradycyjnie ognisko i impreza porajdowa. W tym roku pogoda na samym Rajdzie nam dopisała, choć na trasie zdarzyło się kilka nieprzewidzianych atrakcji…

Dzień pierwszy

Jest poniedziałek, 27 kwiecień, godzina 6:40, dworzec MDA w Krakowie. Jest chłodny wiosenny poranek, choć zapowiada się ciepły dzień. Nie przeszkadza mi to jednak maszerować w krótkich spodenkach i krótkim rękawku. Trzyma mnie jeszcze niewyspanie po pracy do późna, stres związany z naszym nowym kompanem i chęcią, jak najlepszego dogrania wszystkiego na rajdzie. Idę spokojnie i (co do mnie niepodobne) wiem, że będę na czas. Autobus odjeżdża za 25 minut, więc do zaplanowanego spotkania z Adamem i Dawidem mam jeszcze kilka minut. Nie znam Adama osobiście, ale powinienem go łatwo poznać po sporym plecaku.

Tak jak się spodziewałem, od razu rozpoznaję Adama, a gdy przychodzi Dawid, pakujemy się do autobusu relacji Kraków-Nowy Sącz, zajmujemy miejsca na tyle i rozbijamy się na prawie trzygodzinną drzemkę. W Nowym Sączu mamy przesiadkę na busa do Grybowa, którym tłuczemy się kolejne 30 minut i na miejscu jesteśmy zaraz po 10.

W Grybowie jest już ciepło. Mój strój sprawdza się wyśmienicie. Jeśli słońce się utrzyma, jutro będziemy nieco spaleni. Swoje kroki kierujemy do pobliskiego sklepu, w którym zaopatrujemy się w płynne uciechy portowe, jemy szybkie śniadanie i ruszamy na trasę. Nim wejdziemy na dobry, niebieski szlak, przypadkowo schodzimy na zielony i tracimy 15 minut, żeby wrócić na dobrą drogę.

Pierwszym szczytem jaki mamy zdobyć jest góra Chełm. Idziemy najpierw przez niemożliwie rozciągniętą pod sam las miejscowość, by później stromym szlakiem wejść na sam grzbiet. Pierwszy odcinek nie sprawia mi kłopotów i traktuję go jako rozgrzewkę, choć moi towarzysze łapią lekką zadyszkę. Drugi, na który wyruszamy po pierwszym Somersby, jest mniej przyjemny i musimy kilka razy przystanąć, żeby złapać oddech. Dawid, który postanowił pouprawiać haszczing i wspiąć się najkrótszą “drogą”, czeka rozłożony na szczycie, na którym jemy krótkie drugie śniadanie, dopijamy ostatnie piwo i ruszamy w stronę Jeziora Klimkowskiego.

IMAG1649
Takie tam na szczycie Chełmu (778 m n.p.m.)
IMAG1652
Widoki między Wawrzką a Klimkówką

Droga między Wawrzką, a Klimkówką mocno przypomina mi tę, jaką rok temu szliśmy od Leska do Jeziora Solińskiego – nieliczne zabudowania, łąki i pola uprawne oraz krótkie odcinki lasu przewijają się na zmianę i nawet nie wiemy kiedy mijają nam ostatnie 2 godziny marszu.

Zgodnie z planem mieliśmy rozbić się nad samym jeziorem w pobliżu jaskiń. Niestety – jaskinie znajdują się w niedalekim lesie na wzniesieniu, cały brzeg jest mocno zagospodarowany i rozbicie namiotu na niczyim terenie po tej stronie jeziora jest niemożliwe. W dodatku tama, którą chcieliśmy przejść na drugi brzeg, nie jest otwarta dla ruchu. Plan upadł. Takie rzeczy się zdarzają, gdy wszystko nie jest dograne w 100% ;/

Mamy jednak troszkę szczęścia. Właścicielka sklepu słysząc o naszych problemach proponuje, byśmy namiot rozbili na jej działce. Do jeziora mamy 15 minut pieszo i teren jest lekko pochyły, ale chętnie korzystamy z okazji, a nad jezioro wybieramy się tylko na chwilę. Kąpiel w jeziorze jest niestety mało przyjemna. Woda jest zimna i mocno wieje. Gdybyśmy tutaj doszli pod koniec wyprawy, pewnie nie stanowiłoby to wielkiego problemu, ale pierwszego dnia na kąpiel w jeziorze decydujemy się tylko we dwóch z Adamem. Wieczorem rozpalamy prowizoryczny grill, jaki znaleźliśmy na działce i uczymy Adama gry w blefa, która na rajdach zawsze sprawia nam wyjątkową przyjemność. Ze smakiem Soplicy Orzech Laskowy w ustach, udajemy się do namiotu na zasłużony odpoczynek, pamiętając, że następny dzień jest bardziej wymagający, a pogoda niepewna…

trasa: Grybów – Chełm – Wawrzka – Flasza – Klimkówka

Dzień drugi

Rano wstaje nam się ciężko, ale porządkujemy szybko teren, a pod sklepem jemy pożywne śniadanie. Przy śniadaniu towarzyszy nam Miejscowy, który z piwem w dłoni, mało szczegółowo i powtarzając się, opowiada o okolicznych terenach wartych zwiedzenia. Mimo zapewnień, że warto iść w kierunku przez niego podanym, decydujemy się na dalszy marsz zaplanowaną drogą – niestety nie możemy sobie pozwolić na duże modyfikacje trasy.

Pierwszy, dwugodzinny odcinek marszu jest nam dobrze znany, cofamy się do Wawrzki, by tam odbić w stronę Nowego Sącza. Od samego rana mocno wieje, dzień nie jest już tak upalny, a na horyzoncie widzimy jak z wielu stron powoli kłębią się deszczowe chmury… Mamy jednak wciąż nadzieję, że deszcz nas ominie. W Wawrzce skręcamy na zachód i kierujemy się do miejscowości Florynka, gdzie zrobimy tego dnia ostatnie zakupy.

45-cio minutowy odcinek między Wawrzką, a Florynką zajmuje nam prawie 2 godziny! Najpierw gubimy wyjątkowo źle oznaczony szlak przy strumieniu Biała, by potem przez kolejne 30 minut uprawiać haszczing, który wyprowadza nas na złą drogę, na której tracimy kolejne, cenne tego dnia minuty. Gdy dopadamy do sklepu, niebo jest już szare i zaczynają spadać pierwsze krople.

Znów uśmiecha się do nas szczęście – mżawka kończy się nim ruszamy w dalszą drogę. Niestety, jest już dość późno, grubo po 13, a przed nami kolejne 6 godzin marszu.  Dodatkowo nie mamy ani krztyny pojęcia, gdzie rozbić namiot tej nocy.

Szlak, jakim podążamy jest mocno zalesiony, bardzo słabo oznaczony i nie mijamy na nim żadnych ludzi. Odnosimy nawet wrażenie, że nie jest on turystycznie odwiedzany (a na pewno nie jest zbyt atrakcyjny), jednak dla nas stanowi najlepsze i jedyne połączenie między Beskidem Niskim, a Beskidem Sądeckim. W trakcie marszu morale słabną i, jak z późniejszych rozmów wyniknie, wszyscy mamy kryzys. Jednak w tej chwili, nikt nie daje tego po sobie poznać i wszyscy maszerujemy równo.

Jedynymi atrakcjami podczas podróży tym szlakiem jest dla nas bardzo strome zejście z Czerszli w stronę północną i kończący się zapas wody. Mocno tym zaniepokojeni, dopytujemy mijanego mężczyznę, czy zna w okolicy miejsce przy strumieniu, gdzie moglibyśmy tej nocy obozować. Po dłuższym zastanowieniu, przemiły Pan, wskazał nam drogę do upragnionego noclegu. Pełni radości ruszyliśmy w dalszą podróż. Mimo tego, że gubimy miejsce zejścia ze szlaku, a tym samym wskazany nocleg, postanawiamy iść w dalej, do zaznaczonej na mapie, sporej polany (Magroń Wyżna).

Bezpośrednio przed polaną mijamy dwóch miejscowych kolarzy, których pytamy o miejsce na nocleg. Stwierdzają oni, że strumień jest daleko w dole, więc postanawiamy zostać tam gdzie jesteśmy. W niedalekim sąsiedztwie zauważamy domostwo, do którego Adam i Dawid udają się aby uzyskać trochę wody do gotowania, a ja zabieram się za rozbijanie namiotu, po czym we trzech zaczynamy znosić z lasu drewno na ognisko, które Dawid rozpala, gdy jest już prawie ciemno. Ogniska nie palimy długo – zmęczenie, wzmagający się wiatr i krople padające z nieba skutecznie zniechęcają nas do dłuższego siedzenia przy nim. Gdy Adam już śpi, dopijamy z Dawidem “orzecha włoskiego” i udajemy się do namiotu słysząc coraz częstsze krople spadające na tropik. Tym razem ja śpię w środku, co jak się w nocy okaże, miało dla mnie ogromne znaczenie…

Noc jest zimniejsza niż pierwsza, a ja wielokrotnie budzę się z zimna. Wiatr jest lodowaty i tak mocny, że mimo iż śpię na środku, sufit dotyka mojego śpiwora… Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem! Dobrze, że Dawid, który ma z nas najcieplejszy śpiwór, śpi od strony nawietrznej – dzięki temu nam jest nieco cieplej, a po chrapaniu Dawida wnioskuję, że jemu ten fakt też nie przeszkadza :D. Po kilku kolejnych przebudzeniach, dźwięki na zewnątrz zaczynają się zmieniać i wnioskuję, że deszcz zmienia się w drobny śnieg, który całym impetem uderza w nasz namiot. Zakopany w śpiworze nie mam jednak ochoty wychodzić i przypatrywać się tej burzy… Kolejny raz, po chwili zasypiam.

trasa: Klimkówka – Flasza – Wawrzka – Florynka – Ubocz – Czerszla – Kozie Żebro – Magroń Wyżna

Dzień trzeci

Środowy poranek, to najmniej przyjemny spośród wszystkich rajdowych ranków. Targa nami przenikliwe zimno, wiatr i ogromna niechęć do dalszej podróży. W obawie przed wiatrem mogącym zerwać namiot, jeden z nas zostaje w środku i dopiero bezpośrednio przed zwinięciem go, Dawid decyduje się z niego wyjść i wyciągnąć nasze plecaki. Bez większych humorów schodzimy na dół, żeby znaleźć jakiś sklep. Po drodze okazuje się, że 20 minut niżej mieliśmy idealne miejsce na rozbicie namiotu przy strumieniu, a na samym dole dowiadujemy się że najbliższy sklep jest 2 km dalej. Postanawiamy więc dojść do przystanku, gdzie rozbijamy się ze śniadaniem i planujemy dokładną trasę na ten dzień.

Podczas śniadania, Adam oznajmia nam, że ból pleców trapiący go od wtorku nie pozwoli mu iść dalej i zmuszony jest zrezygnować z rajdu. Decydujemy się więc odwieźć go najbliższym autobusem do Nowego Sącza i wsadzić do autobusu do Krakowa. Na dworcu jemy ciepły obiad, który dodaje naszej trójce sił, a później już tylko we dwóch kupujemy bilety do Rytra i skracamy naszą trasę o pasmo Jaworzynki, czyli jakieś 6 godzin.

Po dojechaniu do Rytra postanawiamy udać się z piwem na zamek, aby tam przemyśleć nasz dalszy plan. Podczas krótkiej przerwy na ruinach zamku, podsłuchujemy (Oj my niedobrzy! 😛 ) rozmowę szóstki młodych osób, z której wynikało, że podobnie jak my, mają tę noc spędzić w Chatce pod Niemcową. Po zejściu z zamku postanawiamy porządnie zaopatrzyć się na wieczór, by zrobić nieco lepsze wrażenie na przybyszach (jak się później okazało, z Warszawy). Pod sklepem upewniamy się jeszcze, czy aby na pewno spotkamy się na noclegu i rozpoczynamy podejście.

Podejście czerwonym szlakiem z Rytra do Schroniska Kordowiec jest wyjątkowo strome, przez co wielokrotnie musimy robić sobie przerwę na złapanie oddechu. Szybko natomiast łapiemy wysokość i cała trasa nie zajmuje nam dużo czasu.

IMAG1672
Widoki z okolic Kordowca

Po dotarciu do Chatki pod Niemcową dostajemy od Chatkowego trochę drewna do rozpalenia kuchni i instrukcje jak w Chacie mamy się zachowywać. Chata, mimo że nie jest zelektryzowana, ani nie ma bieżącej wody, a najbliższy strumień znajduje się niecałe 100 metrów dalej, jest bardzo przytulna. Musimy rozpalić na kuchni ogień i pilnować go przez cały wieczór, aby w nocy nie zmarznąć. W międzyczasie dociera wykruszona (bo tylko trzyosobowa) grupa, którą wcześniej podsłuchiwaliśmy i z którą tej nocy dzielimy izbę. Szybko również rozpalamy ognisko, przy którym tego wieczoru mieszamy trochę smaków i rozmawiamy o naszych pasjach (naszej namiotowej i ich, kajakowej).

Pobyt w Chacie był dla mnie wyjątkowo przyjemny. Nie tylko wziąłem całkiem letni prysznic, ale również położyłem się w ciepłej izbie, z dachem nad głową, pod dwoma śpiworami i w końcu na rajdzie poczułem ciepło! 🙂 Cały nocleg mimo, że kosztował 15 zł od osoby, pozwolił nam mocno naładować baterie do dalszej wędrówki.

trasa: Margoń Wyżna – Frycowa i Rytro – zamek Rytro – Rytro – Schr. Kordowiec – Chatka pod Niemcową

Dzień czwarty

W czwartek rano okazuje, że huraganowy wiatr, jaki wiał poprzedniego dnia, ucichł, a słońce znów zaczęło wyłaniać się zza chmur. Ten dzień miał być niemal najkrótszy, a co za tym idzie, nie musieliśmy się rano nigdzie spieszyć.

IMAG1674
Mieć huśtawkę w takim miejscu – marzenie …

Około godziny 11 ruszamy czerwonym szlakiem na Radziejową. Po zdobyciu najwyższego szczytu na trasie, cofamy się kawałek i schodzimy do Obidzy, a stamtąd ruszamy dalej przez Przełęcz Rozdziela do Jaworek.

Widoczność z Radziejowej była bardzo średnia, przez co zdjęcia z mojego 100-giga-pikselowego aparatu w telefonie nie wyszły w ogóle. Pozytywnie natomiast zaskoczyła mnie Obidza i Przełęcz Rozdziela. Uważam, że tereny tam, są wprost idealne do eskapad rowerowych i już nie mogę się doczekać, aż taką w tamte rejony zaplanuję. Przełęcz Rozdziela to również, moim zdaniem, piękne miejsce na spacery, a połoniny jakie się tam rozciągają są piękniejsze niż te między Szafranówką, a Wysoką.

Schodząc przez Przełęcz Rozdziela do Jaworek, poważnie rozglądamy się za miejscem noclegowym. Pierwsze miejsce, jakie spełnia nasze wszystkie wymagania, jest położone zbyt blisko rezerwatu przyrody i mamy pewne obawy, by rozpalić tu ognisko, a ponadto postanawiamy wybrać się jeszcze do pobliskiego sklepu, który okazał się być położony prawie 6 km dalej. Pod sklepem, mimo pokus wspólnej imprezy, jakimi kusił mnie przebywający w Szczawnicy Tato, decydujemy się na przejście przez Wąwóz Homole do Bazy namiotowej pod Wysoką, by tam rozbić się tej nocy. Miejsce to, jak się okazało, jest wyjątkowo urokliwe i idealne dla nas – potok, dużo drewna do palenia, cisza, spokój i WiFi (ale nie znaliśmy hasła 🙁 )

IMAG1693
Zabudowanie, w którym można złapać WIFI (ale nie znamy hasła)

Mając w świadomości fakt, że kolejnego dnia rano, przyjeżdża do nas grupa pościgowa, postanawiamy nie siedzieć długo i dobrze wypocząć.

trasa: Chatka pod Niemcową – Wielki Rogacz – Radziejowa – Wielki Rogacz – Obidza – przeł. Rozdziela – Jaworki – baza namiotowa pod Wysoką

Dzień piąty

Noc, mimo że nie wiało na nas bezpośrednio, jest lodowata i pomimo pełnego rynsztunku na sobie, mocno marznę. Ranek jest dość ciepły i nocne zmarznięcie nie przeszkadza mi we wzięciu porannej kąpieli w rześkim potoku. 🙂 W międzyczasie Dawid udaje się po grupę, która miała do nas dołączyć i podchodzić, wraz z nami, obok naszej noclegowni, na Wysoką.

Naszą powiększoną grupę stanowiła trójka “starych” członków naszego koła i trzy osoby, które wybrały się z nami po raz pierwszy: Aga, Monika i Dawid.

Asiula, która również miała do nas dołączyć, ze względu na nasilające się przeziębienie, w niemal ostatniej chwili, zrezygnowała z udziału w rajdzie, a grupa wyrażała smutek i zaskoczenie, gdy dowiedziała się, że zabraknie radości, jaką Asia emanuje (oraz jej aparatu 😀 ).

Po dotarciu do bazy namiotowej, postanawiamy wszyscy wspólnie posilić się przed atakiem szczytowym oraz zapoznać się z nowymi członkami. 😉

Wyjście na Wysoką to dla naszej grupy pikuś! Wszyscy są mocni, przygotowani na taki wysiłek i bez problemu radzą sobie z ciężkimi plecakami. Idziemy równo i wyprzedzamy grupę Tomka bez problemu, co jeszcze bardziej buduje nasze morale. 😉

IMAG1694
grań Małych Pienin
IMAG1695
wspaniała “8-ka”

Na Wysokiej nie spędzamy dużo czasu, bo zaczyna wiać i mżyć. Po zejściu ze szczytu, jednogłośnie decydujemy, że za wcześnie na kolejną przerwę i ruszamy grzbietem Małych Pienin w stronę Szafranówki. Przy Wysokim Wierchu nasza trasa zakręca na południe, postanawiamy więc zrobić przerwę. Nie mogąc wypatrzyć szlaku, decydujemy się po raz kolejny na sprawdzony już haszczing. Dawid prowadzi grupę, a ja spokojnie i niespiesznie upewniam ją, że zejście na dziko przez Pieninský Národný Park to element urozmaicenia.

Niestety, Dawid źle wyznacza azymut i zamiast do przełęczy pod Tokarnią, schodzimy do Leśnicy. Postanawiamy tym samym zmodyfikować trasę, a ja wyruszam na poszukiwania otwartego sklepu w centrum Leśnicy, aby ułatwić nam integrację. Wszystkie sklepy okazują się zamknięte, a szlak którym wspinamy się na Płaśnię jest wyjątkowo źle oznaczony. Dawid, prowadząc grupę znów musi uprawiać haszczing, ja natomiast tracę 10 minut na powrót na szlak i dopiero przed samą wiatą doganiam zamek. Przerwę spędzamy przy rozmowach i zapoznawczej partyjce w blefa, a następnie ruszamy dalej.

Zejście z Płaśnii, to test naszego przygotowania na sytuacje bardzo nietypowe. 🙂 Widzimy na ścieżce dwóch mężczyzn pochylających się nad trzecim, który leży. Z niepokojem i wystraszeni podchodzimy grupą do mężczyzn i pytamy, co się stało. Okazuje się, że wszyscy trzej są Czechami, którzy, tak jak my, schodzą do Czerwonego Klasztoru, ale wypili trochę za dużo i jeden padł na ziemię i teraz tylko chrapie. Próbujemy unieść go, żeby Ci wzięli go pod ramie, ale kilka metrów dalej wyślizguje się i pada na ziemię jak długi. Po krótkiej rozmowie, Monika pomaga ułożyć leżącego w pozycji bocznej ustalonej i daje im folię NRC, którą nakrywają pijanego, po czym ruszamy w dalszy marsz.

W Czerwonym Klasztorze organizujemy się na krótką partię blefa i piwko. Następnie przechodzimy do Sromowiec Niżnych i po skromnych zakupach ruszamy podbijać dzikie lasy na zachód od miejscowości. Gdy wspinamy się pod wzgórze, na którym planujemy znaleźć miejsce na namiot, jest już ciemno. W świetle czołówek rozbijamy namioty, Dawid rozpala ognisko, a dziewczyny kroją kiełbaski.

Kiedy wszystko jest już porządnie rozpalone, rozsiadamy się w półokręgu i z krążącą wokół butelczyną, długo rozmawiamy na różne tematy (albo raczej słuchamy porad, jakie Magda chce nam udzielić odnośnie doboru pierścionka zaręczynowego 😀 ) …

trasa: baza namiotowa pod Wysoką – Wysoka – Wysoki Wierch – Leśnica – Płaśnia – Czerwony Klasztor – Sromowce Niżne

Dzień szósty

Gdy w sobotę na obozowisku rozlega się mój budzik, mimo wyjątkowo ciepłej nocy, nikt nie czuje potrzeby wstawać. Razem z Agą zrywamy się pierwsi i zaczynamy powolne pakowanie i śniadanie w międzyczasie obserwując, jak w mieszkańcy sąsiednich namiotów budzą się do życia. Ostatnimi osobami, które wstają, są … Magda i Dawid.

Kiedy już jesteśmy spakowani, schodzimy najkrótszą drogą do Sromowiec Niżnych, a chwilę później ambitnie rozpoczynamy podejście do góry pod Okrąglicę. Ambitne plany kończą się jednak dość szybko, bo pod Schroniskiem Trzy Korony, gdzie Dawid zarządza przerwę na piwkowanie i blefa 😉

Po dłuższej przerwie ruszamy w dalszą drogę, podczas której spotykamy niewielką salamandrę, zwiedzamy Górę Zamkową i spotykamy grupę Tomka pod Trzema Koronami.

IMAG1698
spotkana salamandra

Po zdobyciu mocno zamglonych Trzech Koron, schodzimy do Przełęczy Szopka, gdzie zawieramy z Kamilem zakład, w którym możemy wygrać smakową Soplicę. Jedynym warunkiem jest dojście do bazy finałowej w 2,5 godziny. Przyjmujemy zakład, a Kamil postanawia sprawdzić czy nie posuniemy się do oszustwa i iść razem z nami.

Podczas ostatniego odcinka naszego rajdu, postanawiam oddzielić się od grupy i mocno przyspieszyć, aby zorientować się w umiejscowieniu naszych pokoi, samego ośrodka i sklepu. Droga, którą maszerujemy aż do przystani flisackiej, jest dość błotnista i trzeba troszkę kluczyć. Na szczęście, nie jest to szlak mocno wymagający i do ośrodka finałowego grupa, razem z Kamilem, dochodzi kilka minut przed zakładowym czasem, a my możemy cieszyć się ze zwycięstwa!

Przed obiadokolacją, zaplanowaną na godzinę 17:30 mamy jeszcze chwilę czasu, więc po porządnym prysznicu zasiadamy do jedynej słusznej gry i całą grupą staramy się wymyślić coś oryginalnego na prezentację grup, jaka czeka nas wieczorem.

trasa: Sromowce Niżne – Góra Zamkowa – Trzy Korony – przeł. Szopka – przeł. Trzy kopce – Sromowce Wyżne

Finał

Forma finału przez lata nieco się zmienia, ale zawsze najważniejsze są: dobra zabawa, współpraca w ramach grup i współzawodnictwo z innymi, które ma doprowadzić do wyłonienia zwycięskiej grupy. W tym roku grupa, która zdobędzie najwięcej punktów, wygra PAINTBALL, więc jest o co walczyć.

Sam finał rozpoczyna się od uroczystego zdjęcia wszystkich uczestników, a pierwszymi dwoma konkurencjami są przeciąganie liny i skakanie w workach.

DSCF2556
Wszyscy na finale (fot. Monika)

Ze względu na naszą małą liczność, podczas wszystkich (po za prezentacją) konkurencji wspiera nas grupa nr 9, czyli samochodowa, pod wodzą Michała. Chętnie zgadzamy się na takie rozwiązanie, szczególnie, że w grupie samochodowej jednym z uczestników jest Byczy.

DSCF2628
Nasi przeciągacze razem z trenerami (fot. Monika)

W przeciąganiu liny uzyskujemy, ex aequo, pierwsze miejsce i po pierwszej konkurencji możemy cieszyć się kompletem punktów.

Druga z konkurencji, a więc skakanie w workach odbywa się równolegle przez wszystkie grupy, ze zmianą worka między dwoma zawodnikami z jednej drużyny. W naszej drużynie skacze Bartek i Bruce.

DSCF2638
przed startem skakania w workach (fot. Monika)

Konkurencja ta jest strzałem w dziesiątkę – tutaj nie najsilniejsi, a najbardziej sprawni mogą się wykazać, a równoległość zawodów zapewnia świetne widowisko. Na półmetku Bartek nieco tracił do połączonych grup 2 i 10, Bruce jednak zaraz po zmianie zaczął, niemożliwie długimi, ponad 1,5-metrowymi susami, szybko nadrabiać stratę i kilka metrów przed metą wszyscy już wiedzieliśmy, że ta konkurencja pójdzie nam również całkiem nieźle. Ostatecznie Bruce wskoczył na metę jako pierwszy!

Po krótkiej przerwie, kolejną konkurencją jest quiz, w którym jak się okazało pytania były skrojone niemal idealnie dla nas. Seriale, Pieniny czy pomoc medyczna nie sprawiła nam problemu! Tylko dwie z 18 naszych odpowiedzi nie są poprawne i tak uzyskujemy (również równolegle) najlepszy wynik podczas quizowania.

Ostatnim punktem zawodów jest prezentacja grup. W naszym wykonaniu są to pytania do dwóch członków naszej wyprawy – wędrującego najdłużej Dawida i nie wędrującego wcale Krzycha. Mimo, że aktorzy grają świetnie, nie wszystko mamy dograne i prezentacja wychodzi jedynie przeciętnie. Niezależnie jednak od jej wyników, mamy już zapewnioną główną nagrodę, czyli PAINTBALL! 😉

Po rozstrzygnięciu wszystkich konkurencji i obliczeniu wyników, ludzie dzielą się na zwolenników dyskoteki oraz muzyki gitar i kiełbasek ze sporego grilla, który znajduje się na zewnątrz. Zabawa na dyskotece trwa ponoć prawie do 6 rano, a pobudka na śniadanie jest dla niektórych ciężkim przeżyciem.

Dzień siódmy

Zerwanie całej grupy na śniadanie nie jest zbyt ciężkie, bo zaprawieni w bojach towarzysze, potrafią szybko zebrać się w garść (a jestem również pewien, że w te 10 minut dalibyśmy również radę złożyć namioty, gdybyśmy w takowych spali).

Pogoda tego dnia jest fantastyczna, więc po śniadaniu i fakultatywnym wyjściu do kościoła wybieramy się na pizzę do Niedzicy, a Magda, Dawid i Krzychu decydują się również na zwiedzanie samego zamku.

IMAG1700
przy jeziorze Sromowce
IMAG1704
zamek w Niedzicy

Dzięki późnemu powrotowi, mamy chwilę czasu na leżingu po pizzy, a trzygodzinną podróż autokarem umilamy sobie grą w …. BLEFA!

trasa: Sromowce Wyżne – Niedzica – Sromowce Wyżne

Podsumowanie

  • Podczas rajdu nie udało nam się przejść 100% założonej trasy – trzeci dzień skróciliśmy o 6 godzin, co pozwoliło nam naładować lepiej baterie przed kolejnymi dniami i wcale tego nie żałujemy
  • Grupa była wręcz wymarzona – bardzo mocna, pomocna i świetnie zorganizowana
  • Zabrakło … fotografki Asi (przez to zdjęcia są jakie są), a kilka osób wciąż nie poznało mojej sympatyczniejszej połówki 🙁

Niewolnik lenistwa, niezdecydowania i wielkich, szalonych planów. Kolarz, zapalony turysta górski, perfekcjonista i introwertyk... chyba...

Zobacz moje codzienne zdjęcia na tookapic

One Comment

  • Kropka

    Przewodnicy także wymarzeni 🙂 Dobrze było przypomnieć sobie emocje z Rajdu oraz poznać Wasze wcześniejsze przygody. Gratuluję wpisu, kilka momentów mnie rozbawiło!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *