Górskie wędrówki,  Tatry

Przekraczanie kolejnych górskich wysokości – Małołączniak. (13.06.2015)

Sobota. 13 czerwca. Budzik o 5:00 rano. W pierwszej chwili zastanawiam się, gdzie podziała się ta chęć do wstawania, która była poprzedniej nocy? Nie wiem. Ale wiem, że Tatry na nas czekają. Czekają i nie mogą się doczekać, tak jak my. W końcu to dopiero nasze drugie wyjście w Tatry w tym roku. Gdy tylko to sobie uzmysławiam, zbiera się we mnie radość i od razu wstaję z łóżka.

Wychodzimy z mieszkania około 5:40, słońce świeci i jak na tak wczesny poranek, jest naprawdę ciepło. Docieramy do dworca w Krakowie, pakujemy się do autobusu i ponad dwie godzinki później jesteśmy w Zakopanym. Nauczeni, że kupowanie biletów powrotnych w ostatniej chwili, w tak piękny weekend, nie jest dobrym sposobem, zaopatrujemy się w takowe już po przyjeździe. Stwierdzamy, że spokojnie się ze wszystkim wyrobimy, więc postanawiamy wypić kawę w kawiarence przy dworcu, która smakuje naprawdę dobrze. 🙂

Szukamy busa, który mógłby przybliżyć nas do celu naszej sobotniej wędrówki – Małołączniaka. Pan kierowca zostawia nas na przystanku Gronik – Dolina Małej Łąki. Przy wysiadaniu jesteśmy świadkami komicznej sytuacji. Pewne małżeństwo kłóci się z kierowcą, że wysadził ich 200 metrów dalej niż powinien. Czy to naprawdę taka różnica dla osób chodzących po górach? Nie sądzę.

Wkraczamy na niebieski szlak i po niecałej godzinie wędrówki głównie w lesie, docieramy do Przysłopu Miętusiego- 1189 m. n.p.m. (za każdym razem śmieszy mnie ta nazwa 😀 ), z którego możemy podziwiać już ładne widoczki.

IMG_6459
Niebieski szlak, tuż przed wyjściem na Przysłop Miętusi
IMG_6461
Przysłop Miętusi

IMG_6462

IMG_6466IMG_6465Ruszamy dalej w drogę Kobylarzowym Żlebem. Jak podaje mapa, za trzy godziny powinniśmy być u celu, ale zostanie to jeszcze zweryfikowane przez naszą kondycję. Im wyżej idziemy, tym bardziej nieziemskie pejzaże możemy podziwiać. Po lewej stronie mamy las, którego poboczem maszerujemy, a po prawej iście górski krajobraz – Twardą Ścianę. Słońce świeci już jak szalone (jest ponad 30 stopni Celsjusza), a my staramy się chować w cieniu, którego jest niestety niewiele. Zatrzymujemy się na przerwę przy niewielkim strumyczku, gdzie się schładzamy i uzupełniamy energetyczne braki. Wychodzimy całkowicie z lasu i mamy już przed sobą tylko góry.

IMG_6477
Kobylarzowy Żleb – Twarda Ściana.

IMG_6476

IMG_6487
Litworowy Grzbiet

Zachwycamy się pięknem górskiej natury, którą mamy przed i za sobą. Co jakiś czas jednak przystajemy, by odpocząć, gdyż szlak jest stromy i usypany z mniejszych i większych kamieni, przez co łatwo o pośliźnięcie. Jest to również niebezpieczne, gdyż zsuwające się kamienie, mogą uderzyć osobę(y) idące za nami.

W końcu pojawia się nowe wyzwanie – łańcuchy. W pierwszej chwili pytam się Łukasza: “Jak ja wyjdę”? Gdy zaczynam się jednak wspinać, to chcę więcej. A w momencie, w którym okazuje się, że łańcuch jest krótki i już się kończy, jestem rozczarowana, że tak mało go było. 🙁

IMG_6495

IMG_6496
Krótki fragment z łańcuchem.

IMG_6499

IMG_6502
Jaskier Alpejski. (Pszczoła wiedziała, kiedy wlecieć w kadr ;))
IMG_6508
Na krańcu świata – Czerwony Grzbiet
IMG_6510
Lepnica bezłodygowa

Docieramy w końcu do miejsca, z którego widać Giewont w całej okazałości. Wydaje się nam, że jesteśmy już prawie u celu, gdyż po prawej wyłania się wysoki punkt, który można by nazwać szczytem. “Wydaje się” to bardzo dobre określenie. Jak nam powiedział pewien pan, który usiadł obok nas na krótki spoczynek, wychodzenie na Małołączniak od tej strony, jest zwodnicze – wydaje się, że to już, a to trzeba jeszcze iść, i iść, i tak kilka razy. Jak się później okazało były to święte słowa.

IMG_6511
Widok na Giewont
IMG_6514
Giewont w 300 mm przybliżeniu 🙂

Po krótkiej przerwie i sfotografowaniu Giewontu ruszamy w kierunku naszej przyszłej zdobyczy. Łukasz dostaje energetycznego kopa i pnie się pod górę bez przerw, ja natomiast opadam trochę z sił i jestem zmuszona, co jakiś czas robić sobie krótki odpoczynek. Gdy widzę Łukasza, mam nadzieje, że ta górka na której już stoi, to nasz cel. Nic z tego. Podchodzenie trwa w nieskończoność…

IMG_6520
Podchodzenie pod Małołączniak

Docieramy w końcu do Małołączniaka. Planowane trzy godziny zamieniły się w 4, także mamy lekki czasowy poślizg. Nie to liczy się to jednak w tym momencie. Ważne jest, ze przekraczam kolejną górską granicę – 2096 m.n.p.m i czuję się z tym wspaniale. 🙂 Pejzaże, jakie się wyłaniają wokół nas są niesamowite. Mamy widok na Giewont, Ciemniaka, Kondracką Kopę i wiele innych gór, które jeszcze czekają na zdobycie… 🙂

IMG_6528
Selfie na szczycie 🙂

Już przy podchodzeniu zaczęło wiać, ale na samym szczycie wieje okropnie. Takiego wiatru w górach jeszcze nie doświadczyłam – czuje jak moje ramiona zamarzają, podczas gdy słońce świeci w pełni. Tutaj dobra rada: zawsze zabierajcie ze sobą w góry coś z długim rękawem, nawet jeśli ma być ponad 30 stopni. My tym razem nie wzięliśmy i żałowaliśmy. Przez ten wiatr, na Małołączniaku spędzamy może 10 minut. Schodzimy z niego tak szybko, jak się tylko da, by się rozruszać i dojść do miejsca, w którym nie będzie tak wiać. Po drodze zahaczamy o wspomnianą Kondracką Kopę – 2005 m.n.p.m. Jeszcze tak szybko na górę nie wchodziłam… Podejście zajmuje mi kilka minut. Podczas wychodzenia odwracam się cały czas bokiem do szlaku, by chociaż przez chwilkę wiatr dmuchał mi w plecy, a nie w bok i przód ciała.

Jako, że Kopa znajduje się niecałe 25 minut od Małołączniaka, widoki z niej są podobne i tak samo wspaniałe. 🙂

IMG_6543
Na Kondrackiej Kopie

IMG_6539

IMG_6545
Widok z Kopy, po lewej niebieski szlak, którym będziemy schodzić

IMG_6535Schodzimy z Kopy do Przełęczy pod Kondracką Kopą. Stamtąd ruszamy zielonym szlakiem w dół. W tym miejscu przestaje wiać, a zaczyna grzać. Nie wiem, co gorsze. 🙂 Schodzimy z myślą o dobrym obiadku w schronisku, więc pędzimy jak szaleni. Dwa razy się potykam, ale na szczęście nie jest to nic groźnego. 😉

IMG_6554IMG_6555Docieramy do schroniska. Co dziwne nie ma tam szarlotki (!), tylko piernik. Nie pozostaje nam nic innego, jak go zamówić. Jednak po dużej porcji pierogów ruskich i wypitym zimnym piwku, pakujemy piernik do plecaka i zabieramy ze sobą do Krakowa. 🙂

Po odpoczynku zbieramy się w dalszą drogę. Według mapy mamy przejść niebieskim szlakiem godzinę do Kuźnic. W rzeczywistości zajmuje nam to jakieś 50 minut.

Ledwo co docieramy do Kuźnic, a pan pakuje nas do mini busa i zawozi do Zakopanego. Na dworcu jesteśmy o 17.50, a bilet kupiliśmy na 18.30. Wiemy jednak, że jest jeszcze bus o 18, który właśnie podjeżdża, a ludzi – co dziwne – bardzo mało. Nie zastanawiając się wiele, prosimy panią w okienku o prze-bukowanie biletu na godzinę 18:00 i po chwili jesteśmy już w drodze powrotnej do Krakowa. 🙂

Ciągle szuka swojego miejsca na świecie, a opisywanie przebytych wędrówek i podróży jest "lekarstwem" na jej introwertyzm. Uwielbia utrwalać piękne miejsca i niepowtarzalne momenty na fotografiach. Jest uzależniona od muzyki, trochę kucharzy i rozmyśla, które miejsce będzie kolejną destynacją.

Zobacz moje codzienne zdjęcia na tookapic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *