5000 mnp cukru,  Górskie wędrówki,  Projekty,  Zagraniczne wyprawy

Iran – Damavand – punkt docelowy

Akcja górska, którą mieliśmy przed sobą w Iranie – zdobycie szczytu Damavand, zaczęła się od wyjazdu z Teheranu (stolica to historia na inny wpis) z wysokości 1189 m n.p.m., do wioski Polur (2231 m n.p.m.) znajdującej się około 90 km dalej.


Ten wpis należy do serii dotyczącej akcji “5000 m nad poziom cukru”, więcej o samej akcji i poprzednim wielkim wydarzeniu z tej serii, znajdziecie tutaj.


Damavand – początek wyprawy – wioska Polur

W drodze do Polur
W drodze do Polur

IMG_2444

W górach tylko doliny są zielone...
W górach tylko doliny są zielone…

Polur to taka mała górska wioska, w której można dobrze zjeść, wyspać się i wykąpać (wyżej w górach nie jest to, aż tak powszechne). Można powiedzieć, że ze wszystkich atrakcji, jakie to miejsce, czyli tzw. Camp 1 zapewnia, skorzystaliśmy. 🙂

IMG_2474

W Iranie brak jest alkoholu, więc ludzie spotykają się przy sziszy, towarzysko paląc tytoń.
W Iranie legalnie nie można kupić alkoholu, więc ludzie spotykają się towarzysko przy sziszy i palą tytoń.
Czekamy na kolację
W oczekiwaniu na kolację
Komuś świeże mięsko? :)
Komuś świeże mięsko? 🙂

Dzień ۱ – Damavand- Camp 2 -base

Następny poranek, to szybkie śniadanie, pakowanie i podróż ciężarówkami wyżej – do Camp 2 – Base. Po drodze mijaliśmy stada owiec i baranów, pasterza, który zgubił swojego osła i nie tak mało okolicznych mieszkańców, jak mogłoby się na tej wysokości wydawać.

Ruszamy z Base 1 do Base 2
Ruszamy z Base 1 do Base 2
Nasz cel - Damavand
Nasz cel – Damavand
Takie widoki w górach są dość popularne
Takie widoki w górach są dość popularne
IMG_2528
I takie też 😉

Na początku droga wiła się malowniczym asfaltem, a później, przez kilka kilometrów jechaliśmy kamienistą drogą. Kilkadziesiąt metrów przed ostatecznym celem, jedna z ciężarówek miała spore problemy z mocą. Wszystko przez wysokość, a my mieliśmy dopiero zacząć nasz marsz, który miał nas przybliżyć do zdobycia szczytu Damavand

Kierunek? "DO GÓRY!"
Kierunek? “DO GÓRY!”
Pasterz, który złapał swojego osła
Pasterz, który złapał osła – uciekiniera
Z góry wszystko wygląda inaczej
Z góry wszystko wygląda inaczej
Irańczycy są bardzo sympatyczni. Kobiety (jeśli są same lub za plecami mężczyzn) często śmiały się do nas i machały.
Irańczycy są bardzo sympatyczni. Kobiety (jeśli są same lub za plecami mężczyzn) często śmiały się do nas i machały.
Możemy szczerze polecić przewodników z ararattrek.pl, są na prawdę mega.
Możemy szczerze polecić przewodników z ararattrek.pl, są na prawdę mega.
Szybkie polanie silnika wodą i jedziemy dalej...
Szybkie polanie silnika wodą i jedziemy dalej…
Coraz wyżej, coraz wężej, coraz wolniej
Coraz wyżej, coraz wężej, coraz wolniej

Po dotarciu do Camp 2 (3040 m n.p.m.) naszym oczom ukazał się ostatni w drodze ku górze meczet. Nasz przewodnik wyjaśnił nam, że wszędzie, gdzie są stali mieszkańcy, musi być miejsce modlitw i tak było w tym miejscu. Wypiliśmy tutaj herbatę, zapakowaliśmy nasze ciężkie plecaki na osły, zostawiając tylko najpotrzebniejsze rzeczy na plecach i ruszyliśmy w górę.

IMG_2625

Jeden ze stałych mieszkańców Base 2
Jeden ze stałych mieszkańców Base 2 😉

Damavand – Camp 3 – New Hut

Po drodze, co godzinę, robiliśmy pomiary związane z naszą akcją. Na jednym z nich wyprzedziły nas nasze bagaże. 🙂 Tego dnia, cały czas szliśmy powoli, co miało zapobiec efektom choroby wysokościowej i do schroniska Camp 3 – New Hut (4250 m n.p.m.) dotarliśmy dopiero około godziny 17.

Widoki z Base 3 (4250 m n.p.m.) - ostatniego schroniska przed szczytem
Widoki z Base 3 (4250 m n.p.m.) – ostatniego schroniska przed szczytem

Gdy dotarliśmy do schroniska, mieliśmy czas, ale niekoniecznie siły, na rozpakowanie się, zjedzenie kolacji i wypoczynek. Niestety, część z nas dostała miejsce na drugim piętrze schroniska, a na tej wysokości wyjście po ogromnych schodach, a później drabinie wiązało się z kilkoma przerwami po drodze… A według zasady “jeśli nie ma się w głowie, to ma się w nogach”, każdy przejaw zapominalstwa wiązał się z wyprawą na drugie piętro… 🙂

Czym jest wyjście na piętro w porównaniu z wyjściem na górę? :D
Czym jest wyjście na piętro w porównaniu z wyjściem na górę? 😀

Pierwsza noc na tej wysokości, była walką pomiędzy snem i zmęczeniem z jednej strony, a bólem głowy, wysokością i niepokojem z drugiej. Krótko mówiąc, siedem godzin letargu z czego maksymalnie dwie przespane – masakra.

Dzień ۲ – aklimatyzacja

Poranek na wysokości 4250 m n.p.m. to nie jest najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem. Po pierwszej nocy boli cię głowa, jesteś niedospany i na prawdę ciężko się zebrać w sobie do czegokolwiek. Nie inaczej było z nami i tylko kilka osób spośród 30 zniosło tę noc w miarę normalnie – reszta umierała, a nasze morale szorowało po dnie. Po śniadaniu jednak poczuliśmy się minimalnie lepiej i ruszyliśmy – bardzo powolnym krokiem, ku górze. Plan? Aklimatyzacja.

Zaraz obok schroniska jest lądowisko dla helikopterów - na szczęście my nie musieliśmy z niego korzystać
Zaraz obok schroniska jest lądowisko dla helikopterów – na szczęście my nie musieliśmy z niego korzystać

Aklimatyzacja to takie słowo, którego chyba nie do końca rozumieliśmy przed tym wyjściem. Co to znaczy, że nie możesz zrobić kilku kroków do góry? Co to znaczy, że nie masz siły wstać albo podnieść lekkiego plecaka? Ktoś wie? Potraficie sobie to wyobrazić?

12 pompek na wysokości 4500 m n.p.m., to JEST wyczyn! :)
12 pompek na wysokości 4500 m n.p.m., to JEST wyczyn! 🙂

Według planu, mieliśmy dojść do 5000 m, ale w okolicach 4700 m zawróciliśmy – zmęczenie było zbyt duże byśmy mogli pójść wyżej. Po półgodzinnym przebywaniu na tej wysokości zeszliśmy w dół wierząc, że ta noc będzie przyjemniejsza i nie będziemy mieli już problemów ze snem.

Szybko położyliśmy się spać, bo następnego dnia musieliśmy wstać w środku nocy i ruszyć na zdobywanie szczytu Damavand. Noc jednak nie była przyjemna. Po raz kolejny mieliśmy problem ze snem – może nie tak duży jak pierwszej nocy, ale jednak dość spory.

Chyba najładniejszy z zachodów słońca, jakie widzieliśmy w Iranie
Chyba najładniejszy z zachodów słońca, jakie widzieliśmy w Iranie

Dzień ۳ – poranek przed wyprawą

Pobudka – godzina 2. 2:30 śniadanie.

Myślę, że w tym miejscu warto wspomnieć o tym jak odżywiają się Irańczycy. Według naszych obserwacji, typowe śniadanie składa się z ichniego pieczywa (które smakiem przypomina coś pomiędzy tortillą, a ciastem naleśnikowym i ma podobną strukturę), najlepiej z małą ilością masła/nabiału (tutaj wyjątek stanowi jajko, które często gościło na naszych stołach) i ogromną ilością dżemów/miodów/nutelli. Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się dostatecznie zasłodzony, to można to wszystko zagryźć arbuzem albo melonem i przepić słodzoną herbatą. 😉

Pomyślcie tylko o takim słodkim śniadaniu, o tym że jecie to samo już trzeci dzień pod rząd i o tym, że trzeba je zjeść po 5 godzinach snu, o 2 rano przed wyprawą na najwyższy szczyt! Ja tego dnia po prostu sobie to odpuściłem. Stwierdziłem, że lepiej nie jeść i nie … niż zjeść i … No sami wiecie o co chodzi…

Damavand – pokonanie słabości i zdobycie szczytu

Chwilę po 3, troszkę na głodniaka, z czołówkami na głowach ruszyliśmy do góry. Tym razem tempo było naprawdę wymagające. Nie wlekliśmy się tak jak poprzednie 2 dni, tego dnia po godzinie byliśmy tam, gdzie poprzedniego dnia szliśmy dwie i pół! Tempo utrzymaliśmy do wysokości zdobytej dnia poprzedniego i dopiero w tym miejscu troszkę zwolniliśmy.

Marsz w górę w takich warunkach, nie należy do najłatwiejszych. W okolicach 5000 m pojawiły się w mojej głowie myśli o wycofaniu się – wysokość robiła swoje, a zmęczenie potęgowało się z każdą chwilą. Na szczęście chwilę później zwolniliśmy do tempa “krok za krokiem” i “powoli bez zatrzymywania się”. Na wysokości około 5200 m szczyt wydawał się już w zasięgu ręki, a przy 5400 m gdzie siarka z wulkanu zaczęła być mocno widoczna, zostawiliśmy nasze plecaki i dalej ruszyliśmy tylko z butelką wody i batonami w ręce.

Siarkowy osad na skałach wokół
Siarkowy osad był na niektórych skałach wokół nas

Do szczytu wulkanu Damavand (prawdopodobnie 5610 m n.p.m.) dotarliśmy wyczerpani i szczęśliwi. Każdy doszedł swoim tempem, ale całej grupie udało się dojść w ciągu 10 minut pomiędzy pierwszą, a ostatnią osobą. Byliśmy po prostu dobrze przygotowani, super zintegrowani i właściwie zmotywowani! 😉

Przy kraterze Damavand, czyli kawałek ponad 5600 m n.p.m.
Przy kraterze Damavand, czyli nieco ponad 5600 m n.p.m.

Na szczycie Damavandu zrobiliśmy pamiątkowe fotki i próbowaliśmy zaznać chwili odpoczynku, ale każdy myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się trochę niżej. Na tej wysokości ciężko było nam złapać oddech i odpocząć, nie mówiąc już o tym, żeby obejść krater wulkanu i popatrzeć na inny widok niż ten, który mieliśmy od dwóch dni, czyli na Polur i okoliczne górki. 😀

Cała grupa na szczycie, fot. Bogdan Nabielec
Cała grupa na szczycie, fot. Bogdan Nabielec/Grzegorz Gaj

Zejście na “ziemię”

Wszyscy szybko zeszliśmy do zostawionych niżej plecaków, a następnie wciąż bardzo szczęśliwi i dumni ze swojego osiągnięcia, dalej w dół. Niestety nie obyło się bez przygód. Słońce, jakie nam tego dnia towarzyszyło i wysokość sprawiły, że kilka osób się odwodniło, a jedna nawet miała delikatne efekty choroby wysokościowej. Na szczęście sztab medyczny i nasi kurdyjscy przewodnicy stanęli na wysokości zadania, więc wszyscy około godziny 17 znaleźliśmy się z powrotem w schronisku.

Chwilowo obleciał nas strach kiedy schodząc zobaczyliśmy "wybuch" gazów z gór naprzeciwko.
Chwilowo obleciał nas strach kiedy schodząc zobaczyliśmy “wybuch” gazów z gór naprzeciwko.

Ostatnia noc była chyba dla nas najprzyjemniejsza. Każdy myślał już tylko o prysznicu, jaki czekał na nas następnego dnia, a także o tym, ile udało nam się osiągnąć.

Tak też można było zejść ze schroniska do Camp 2
Tak też można było zejść ze schroniska do Camp 2 😉

Damavand – podsumowanie

Wyjście na górę było także sukcesem naszego programu “5000 m nad poziom cukru”, który realizowaliśmy od dwóch lat. Najpierw dwukrotnie w Gorcach, później w Alpach i Tatrach. Przez ten czas, wszyscy się wspieraliśmy, nauczyliśmy się od siebie wiele ciekawych rzeczy, a także pokonaliśmy swoje słabości wychodząc na Damavand – górę, która znacznie przewyższała nasze pierwotne plany złamania tylko granicy 5000 m.

Pożegnalna fota góry Damavand...
Pożegnalna fota Damavandu…

Po tej wyprawie stwierdziłem, że fajnie jest być w wysokich górach, ale chyba na dłuższą chwilę mi wystarczy. Ciekawi mnie tylko, jak szybko zatęsknię za codziennym bólem i zawrotami głowy, tylko po to, by wyjść na kolejną wysoką górę. Może tym razem w Alpach? Macie jakieś propozycje? 🙂


W gwoli wyjaśnienia: bóle i zwroty głowy, brak apetytu, zmęczenie, trudności ze złapaniem oddechu związane były z krótką aklimatyzacją, jaką mieliśmy. Przy tygodniowej, a nie czterodniowej akcji górskiej, pewnie prawie nikt nie miałby aż takich problemów. 😉


Więcej o firmie Ararattrek znajdziecie tutaj.

Kolejne wpisy o Iranie znajdziecie tutaj:

Niewolnik lenistwa, niezdecydowania i wielkich, szalonych planów. Kolarz, zapalony turysta górski, perfekcjonista i introwertyk... chyba...

Zobacz moje codzienne zdjęcia na tookapic

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *